w ciemnej mgle, ciemny las, ciemny świat, zgubiona ja…

Przez ostatni długi czas moje życie wywróciło się do góry nogami. Zmieniłam pracę, zmieniłam mieszkanie, zmieniłam swój sposób spędzania dni. Tajemnica wyszła na jaw. Straciłam kontakt z rodziną i sporą częścią przyjaciół. Jestem samotna.

Zamieszkałam też z Mikem. Zdążyłam go też pokochać i jednocześnie zrozumieć, że nie możemy być razem. Bo to się nie uda. Bo to czuję. Bo to wiem. Bo znam zakończenie. Teraz czuję, że tkwię w tym, bo nie potrafię już żyć bez niego. Bo się uzależniłam od uścisku jego ramion i czułych słów w najmniej spodziewanych momentach. Bo go kocham. Ale jest zbyt wiele rzeczy, które nas dzieli, zbyt wiele, które mnie rani. Zbyt wiele zbyt trudnych rzeczy. Nie wszystkie dziury da się załatać miłością. Do niektórych potrzeba po prostu tych właściwych nici, których nam brakuje…

Mój świat to gruzy. I choć wiem, że to „rozsypywanie” się mojego życia jeszcze się nie skończyło, to wiem też, że bardziej niż już cierpiałam cierpieć nie będę. Więc. Choć jestem tak kurewsko nieszczęśliwa, choć cierpię tak bardzo, że niebo z rozpaczy nie ma sił nawet płakać nade mną, to będę walczyć. Nawet jeśli nie bardzo to choć trochę. Nawet jeśli nie cały czas to choć chwilami. Nawet nie jeśli całą sobą to choć kawałkiem mojej zdruzgotanej duszy. Będę walczyć o to, żeby znów zacząć oddychać.

Mimo to… żyję.

Elissa.

Popłoch. Przerażenie. Nie wiem kim jestem. Nie wiem co się stało. Nie wiem gdzie iść.

Biegnę.

Dookoła mnie ciemny las. Jestem sama. Uciekam.

Zaczyna brakować mi sił. Muszę złapać głęboki oddech. Próbuję zaopatrzyć swoje płuca w choć odrobinę powietrza.

Nie potrafię.

Atmosfera zgęstniała tak bardzo, że zabrakło tlenu. Zaczynam się dusić.

Rozpacz. Strach. Żal. Złość. Ból. Bezsilność. Szaleństwo.

Czuję, że mnie dopada.

Rozdziera.

Zabija.

Moje własne życie…

melancholii ciąg dalszy…

Z Mike’m jest ogólnie w porządku. To znaczy on stara się być dla mnie dobry, choć z powodu pewnych własnych problemów czasem robi rzeczy, które naprawdę potrafią mnie zaboleć. Potrafi przeprosić i naprawdę żałuje jak nawali, ale czasem myślę sobie, że kłócimy się jakoś za często jak na początek znajomości. A z drugiej strony mi wydaje się jakbyśmy byli razem już naprawdę długo. No właśnie. Bo jesteśmy razem. I naprawdę lubię te momenty, kiedy tak mocno się do niego przytulam…

A z trzeciej strony nie wiem indeksna ile jest tak, że to on tak strasznie nawala a na ile tak, że ja czuję złość, żal choć nie potrafię podać mocnego powodu. Bo jest jakoś tak, że czuję do niego momentami tak wiele złych emocji i naprawdę nie jestem pewna dlaczego.

Najgorsze są momenty kiedy czuję do niego wstręt. To najgorsze uczucie jakie mogę poczuć do kogokolwiek. To chyba jedyne uczucie, które potrafi zrujnować naprawdę absolutnie wszystko i nie dać szansy naprawienia tego. Chyba prawie nigdy nie wiem dlaczego TAK NAPRAWDĘ nagle czuję do kogoś wstręt.

Martwi mnie to. Bo myślę o tym naprawdę dużo, próbując znaleźć wyjaśnienie i rozwiązanie zarazem. I jedyne co przychodzi mi do głowy to jest to, że w ramach autodestrukcji próbuję już na starcie zniszczyć coś co pojawiło się w moim życiu. Bo zapowiada się jako coś, co może być czymś naprawdę dobrym i korzystnym. Czymś co może dać mi dużo pozytywnych przeżyć. Więc trzeba to zniszczyć… Tak, na tym właśnie polega autodestrukcja.

Choć czasem pojawia się też druga myśl, że moje czasem zdecydowanie zbyt mocne, zbyt impulsywne i zbyt agresywne reakcje mają Mike’a zniechęcić do mnie. Tak jakbym chciała sama sobie go odebrać. Żeby się zranić? Żeby sobie coś udowodnić? Mystery-Box-14_1024x1024Cholera wie.

Jak byłam w Polsce to przez dłuższy czas korzystałam z pomocy różnych psychologów i psychoterapeutów. I te rozmowy bardzo wiele mi dały. Dały mi przede wszystkim świadomość istnienia we mnie wielu bardzo złych mechanizmów. I to naprawdę pomaga mi teraz funkcjonować, bo potrafię inaczej patrzeć na siebie i swój świat. Choć w dalszym ciągu z obiektywizmem ma to niewiele wspólnego.

Brakuje mi tych spotkań. Bardzo. Chyba najbardziej dlatego, że one pomagały mi poukładać chaos, znaleźć jego przyczyny i spojrzeć na to wszystko czyimiś zdrowymi oczami. Wtedy naprawdę często wiedziałam co byłoby korzystne zrobić w danej sytuacji. Nie mówię, że to robiłam. Ale wiedziałam, rozumiałam. I to była kwestia mojej decyzji. Teraz jestem debilem, który nic nie rozumie i jest jak dziecko, które nie ma pojęcia gdzie iść… I moje poczucie bezradności, chaosu i szaleństwa jest naprawdę na wysokim poziomie…

Mimo to… żyję….

El

ktoś przebił ci serce, ale nie przebił życia…

„Tysiące myśli zamknięte w jednej głowie”… Nie pisałam nie dlatego, że nie miałam o czym. Nie pisałam, bo miałam w głowie tak wielki chaos, że ciężko było mi momentami być pewną tego jak się nazywam… Chaos się nie zmniejszył, ale podobno do wszystkiego się z czasem przywyka…

Mam pewną Tajemnicę. Od dawna mam pewną Tajemnicę. Z tą Tajemnicą wiąże się tak dużo szczegółów z mojego życia… Tak wiele emocji. imagesTak wiele problemów, trudności, wątpliwości i tak wiele satysfakcji, szczęścia i spełnienia. Nawet teraz kiedy piszę o tym tak ogólnie, czuję jak budzą się we mnie emocje związane z tak dużą ilością zdarzeń, że moje serce kłuje teraz od wewnątrz tysiące szpilek.

Nie potrafię, a może po prostu nie chcę wyjawić tutaj szczegółów Tajemnicy. (Powiem tylko tyle, że zbyt wielu ludzi, zbyt mocno przebiło mi kiedyś serce nie przebijając mi życia i karząc żyć choć uczynili to życie absolutnie czymś nie do zniesienia…) Ale chcę żebyście wiedzieli, że jest w moim życiu coś co teraz się dzieje. Coś trudnego co zmieni cały mój świat. I chciałabym mieć możliwość po prostu czasem napisać tutaj o tym co przeżywam w związku z tym jak toczy się dalsza historia Tajemnicy…

Mimo to… żyję…

bo nie umiem zrozumieć dlaczego wszystko to wciąż za mało…

Dzieje się coś naprawdę dziwnego. Między mną a Mike’m układa się wszystko naprawdę dobrze. I kiedy spędzam z nim czas to czuję, że naprawdę emocjonalnie dostaję bardzo dużo. Ten facet jest inteligentny i do tego ma w sobie dużo dojrzałości emocjonalnej. Mało spotkałam w swoim życiu facetów, którzy wykazywaliby jakieś większe przejawy tej dojrzałości, a on ma jej naprawdę sporo. Ale …

Kiedy pijemy razem alkohol jest wszystko w porządku. Ale kiedy już idę spać, krótko przed samym zaśnięciem dopada mnie atak żalu, złości, wręcz wstrętu. Do niego, do naszej znajomości. Mam ochotę zerwać to od razu i raz na zawsze. I nie 137000325potrzebuję zupełnie żadnego powodu, choć zazwyczaj znajduję sobie jakiś drobiazg, którego wewnętrznie się czepiam. Oczywiście rano budzę się i nie mam pojęcia, z czego wynikały moje złe emocje.

Ale to naprawdę trudno je czuć. Tym bardziej, że ja naprawdę nie mam pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. Próbuje o tym myśleć, analizować to. Ale nie bardzo cokolwiek mi z tego wychodzi…

Zaczęłam zastanawiać się czy jestem w stanie kiedykolwiek stworzyć prawdziwy, wieloletni związek. Bo zaczyna do mnie docierać, że ja nie potrafię zatrzymać wpływu przeszłości na moje życie. Ból mnie uszlachetnił, tak czuję. Ale jednocześnie zabrał mi coś, co sprawiało, że potrafiłam normalnie funkcjonować. Teraz już chyba nie potrafię. Niby żyję jak wszyscy: praca, przyjaciele, obowiązki itd. Ale kiedy chodzi o jakieś większe sprawy, głębsze relacje to nie jestem w stanie na dłuższą metę nie wprowadzać szaleństwa emocjonalnego. Ktoś kiedyś zabrał mi spokój, czynnik bez którego żadna głębsza relacja się nie utrzyma. Bo nikt nie jest w stanie znieść życia ciągle na krawędzi. Ja tak żyłam zbyt długo. Tak długo, że teraz już nie potrafię tego zatrzymać… I naprawdę nie wiem co będzie dalej….

Mimo to… żyję…

żyjąc dalej…

Życie pędzi jak szalone…

W sumie lubię kiedy w moim życiu dużo się dzieje. Nie bardzo pasuje mi stan, w którym mam zbyt dużo czasu. Ja nawet nie jestem wtedy wypoczęta. Teraz pracuję naprawdę dużo, ale poza niewyspaniem, nie jestem zmęczona fizycznie. Praca daje mi kopa, bo pozwala mi czuć niezależność i samodzielność. Te fakty wypierają zmęczenie.

Teraz w moim życiu jest też Mike… Nie ukrywam, że dużo czasu poświęcam na relację z nim. Ale po prostu lubię to. Lubię go…

Naprawdę uwielbiam z nim rozmawiać. I mogę z nim rozmawiać o wszystkim. I to jest takie dobre uczucie mieć kogoś, z kim można po prostu siedzieć wspomnienia-jpggodzinami omawiając wszystkie tematy od tych najbardziej poważnych do tych najmniej mających cokolwiek wspólnego z powagą. I choć tak wiele jest we mnie obaw to ciężko mi jest się powstrzymać od walczenia o każdą możliwą minutę razem…

Tak wiele jest w mojej głowie myśli na temat tej znajomości, na temat naszych spotkań, na temat jego osoby… Na temat jego i mnie razem… Ciężko momentami mi to ułożyć w jakąś całość…

No i… Jest też Dennis… Bo to, że pojawił się Mike nie znaczy, że zapomniałam o Dennisie. Jego obecność w moim świecie bardzo ułatwia mi nie myślenie o D. Nie piszę do niego, ale czasem mam w głowie taką myśl, żeby mu coś napisać. Choć zawsze szybko orientuję się, że ja naprawdę nie mam mu już nic do powiedzenia. Dałam mu swoje serce, a on wziął je z uśmiechem na twarzy i wyrzucił do kosza patrząc mi prosto w oczy…

Nie potrafię zmusić się do tego, żeby przestać go kochać z dnia na dzień. Był i zawsze już będzie dla mnie kimś wyjątkowym. Był tym pierwszym. Zmienił mnie i moje życie. Tego nic nie zmieni… Ale ja już teraz jestem pewna, że nie chcę go kochać. Potrzebuję czasu, ale w końcu przestanę. Nie mogę powiedzieć, że już go nie kocham. Nie da się ot tak. Ale mogę śmiało powiedzieć, że pojawienie się Mike’a uświadomiło mi, że zasługuję na więcej. I z każdym dniem kocham Dennisa trochę mniej… I mniej, i mniej… W każdej godzinie choć odrobinę…

Mimo to… żyję…

mój świat wiruje a ja razem z nim…

Czuję zawroty głowy. Mój świat kręci się w kółko i to bardzo szybko… Najgorsze jest to, że ja naprawdę nie jestem pewna czy to dobrze czy źle…

W sylwestra poznałam kogoś. Myślałam, albo może nawet miałam nadzieję, że zapomnę o nim. Ale tak się nie stało…

Kilka dni po sylwestrze spotkaliśmy się. Od tego czasu jesteśmy w ciągłym kontakcie. Piszemy ze sobą, dużo rozmawiamy. Spotykamy się tak często jak to tylko możliwe. I myślałam, a może miałam nadzieję, że im lepiej będę go poznawać tym bardziej odechce mi się tej relacji. Ale tak się nie stało…

Poznaję go i czuję, że zaczynam przywiązywać się do jego obecności w moim życiu… Staje się dla mnie kimś ważnym. I choć ta relacja sama w sobie daje mi dużo radości i satysfakcji, to jest coś co budzi we mnie niepokój. Bo ja dalej nie jestem pewna czy to co się dzieje w moim życiu jest dobre czy nie. Jest pięknie, cudownie i czuję się genialnie kiedy przy nim jestem. Ale tak samo było na początku z Denissem, ze Stevenem. Obie relacje tylko mnie skrzywdziły. I wiele „przedblogowych” znajomości z facetami też. Zawsze to miało być coś dobrego. A nie było.

Boję się i mam milion wątpliwości. To beznadziejne, bo nie pozwala mi się cieszyć się tym świetnym czasem jakim jest początek znajomości. Ale nic nie poradzę na to, że tak bardzo się boję znów czuć ten przeszywający ból…

Mimo to… żyję…

„w ciemną noc, kiedy miasto śpi…”

Wróciłam do domu. w domu cisza, spokój, pół mrok. Lokatorzy śpią. Wszystko dookoła zresztą wygląda na takie uśpione. Zatrzymane w jakimś momencie, po to, żeby wrócić do tego rano…

Rzadko mam czas albo siły na jakieś głębsze rozkminy po powrocie z pracy. Zazwyczaj szybko biorę kąpiel, a potem najczęściej z kanapkami udaję się do swojego pokoju, do swojego łóżka i tam odpoczywam. A kiedy już zjem i odpocznę to zbieram się do spania. Dziś jest inaczej…

Wróciłam do domu. Poszłam do swojego pokoju, włączyłam jeden ze swoich ulubionych kawałków i nawet nie ściągając kurtki położyłam się. Muzyka w tle, na moich policzkach łzy. Tak, to smutny wieczór.

Ogólnie to był dobry dzień. A przynajmniej myślę, że nie ma jakiegoś szczególnego powodu, żeby powiedzieć, że był zły. Ale jakoś cały dzień czułam się dziwnie niespokojna. Potem jedna mała rzecz w pracy sprawiła, że wysypała się ze mnie lawina smutku. Wiedziałam, że tego dnia limit na pokerową twarz uśmiechniętej dziewczyny się skończył. Przestałam się uśmiechać, bo najzwyczajniej w świecie nie miałam na to ochoty. Nagle wszystko stało się tak bardzo suche, mdłe i szare.

Mogłabym tutaj rozwinąć nawijkę o pracy, o tym co mnie wkurzyło, a potem zmartwiło. O tym, że nie potrzebnie się przejmuję, ale taka już jestem i muszę sobie po przeżywać. Gówno prawda. W dupie mam pracę. Tu chodzi o coś znaczniej więcej.

Żyję sobie i każdego dnia pomijam fakt, że moje życie mi nie wyszło. Że miało być inaczej, że wszystko jest trudniejsze niż planowałam. Że nie jestem w życiu pewna już absolutnie niczego. To nie znaczy, że sobie nie poradzę. Oczywiście, że sobie poradzę. Zawsze sobie radzę. Tylko w taki dzień jak dziś mam dosyć udawania, że nie jest mi smutno, chociaż zjebałam sobie życie i cały swój genialny plan. Tak jest mi przykro. Jest mi kurewsko przykro.

Mimo to… żyję…

ta historia to żart… lepiej tak myśleć niż oszaleć z rozpaczy…

Ciężko jest. Mój świat wiruje, a ja… Ja stoję pośrodku i nie mam pojęcia co mam zrobić ze swoim życiem…

Dawno nie czułam się tak bardzo pogubiona. Albo inaczej, dawno nie pozwoliłam sobie czuć się taka pogubiona. Pogubiona jestem już tak długo. Przyszedł jeden dzień jakiś czas temu i zmienił wszystko. I to aż niewiarygodne, że jednego dnia życie może zmienić się tak bardzo i to na zawsze…

Dlaczego moje życie nigdy nie jest spokojne? Czy to moja wina? Czy to ja robię coś takiego, że nigdy nie może być wokół mnie ładu? Czy to we mnie jest coś takiego, że świat w moim pobliżu kręci się szybciej, mocniej, gwałtowniej niż wokół innych?

Nie wiem nawet jak chcę żyć. Bo zawsze była i chyba zawsze już będzie we mnie część, która będzie popychać mnie do robienia rzeczy, 1269204382_by_Nonna_600które będą mnie ranić i krzywdzić. A do tego, żeby było zabawniej, do robienia rzeczy, których ja nawet nie chcę. To niesamowite, choć bardziej pasuje tu słowo przerażające. Specjalnie dokonuję wyborów, które mnie niszczą. Specjalnie, choć nieświadomie. Bo istnieje coś takiego jak podświadomość. I czasem dokonując wyborów robimy to co nam ta podświadomość „mówi”. I wtedy robimy to specjalnie, choć nie jesteśmy świadomi, z czego TAK NAPRAWDĘ wynika ta decyzja i że w gruncie rzeczy jest bardzo autoagresywna.

A wiecie co jest jeszcze trudniejsze? Moment, w którym ja teraz jestem. Kiedy zdaję sobie sprawę z tego, że moje wybory mogą być podyktowane chorym pragnieniem autodestrukcji. I nagle zatrzymuję się w moim szybkim życiu i uświadamiam sobie, że nie mam pojęcia, które moje pragnienia, wybory są pragnieniami moimi, a które tymi destrukcyjnymi. Ja nie wiem nawet czy mam wierzyć we własne marzenia!

I nie chcę „radzić sobie”. Ja chcę wreszcie żyć, tak jak CHCĘ. Czyli nie wiem jak… Chcę wiedzieć czego chcę. Chcę wiedzieć o czym marzę i czego pragnę. Chcę wyrzucić chorą część mnie, wyciągnąć ją z siebie, postawić obok i uderzyć z całych sił w twarz. A potem zostawiając ją daleko za sobą odejść i już nigdy jej nie spotkać…

Mimo to… I live…

Stay and fight…

Jak łatwo przekonywać innych do tego, że dadzą sobie radę. Że są silni, wiele warci, a gorsze momenty spotykają każdego. Jak łatwo mi sprawić żeby moi przyjaciele, znajomi, żeby każdy to zrozumiał i w to uwierzył. Każdy, poza mną…

Nie potrafię wybaczyć sobie błędów. Żadne logiczne argumenty nie mają dla mnie znaczenia. Bo one nie trafiają do moich uczuć. No to polećmy z przykładami. Gość, który nie przejmował się przepisami i wsiadał za kierownice po alkoholu, w końcu jadąc po pijaku kogoś zabił. Odsiedział swoje, zrozumiał co sprawiło, że robił coś złego, zmienił się. Czy taki człowiek już nigdy nie będzie mógł być dobrym kierowcą i człowiekiem? Czy przestał zasługiwać na to, żeby mu ufać, bo popełnił błąd?

Dziewczyna. Nie łatwe dzieciństwo. Wiele ran. W końcu dorosła, ktoś pokazał jej złą drogę. Została dziwką. Była nią kilka lat. imagesAle przyszedł moment, w którym poczuła, że nie chce tak żyć. Że to, że całe życie najbliżsi jej nie szanowali, nie znaczy, że ona ma nie szanować siebie. Że to nie znaczy, że nie jest nic warta. Skończyła z tym, zaczęła nowe życie. Zmieniła swój świat. Czy taka dziewczyna przez to, że tak bardzo się pogubiła już nigdy nie będzie zasługiwać na prawdziwą miłość? Czy już nigdy nie będzie godna szacunku, czułości, podziwu?

Młody chłopak. Nastolatek. Pragnienie akceptacji. Narkotyki, kradzieże, napady, okłamywanie najbliższych. Dużo przemocy, mało szacunku wobec ludzi. Czy taki dzieciak, kiedy dorośnie i naprawi swój chory zniszczony świat nie będzie zasługiwał na drugą szansę? Na to żeby być mądrym, poważanym, uczciwym człowiekiem? Żeby mieć przyjaciół i rodzinę, która będzie go cenić i ufać mu?

Żadna z tych historii nie jest oczywiście moją historią. Dla mnie te historie to są skrajności, ostry syf, z którego wielu nigdy się nie podnosi. Nigdy nie zrobiłam nic z tego, co było w tych historiach. Ale uważam, że takie osoby zasługiwałyby na drugą szansę. Na to, żeby nie oceniać ich za przeszłość tylko cenić, za to, że potrafiły dostrzec, że jest źle, zmienić to i trwać w nowym lepszym życiu. Im dałabym szansę, sobie nie potrafię. Nie zrobiłam nic „aż takiego” a jednak nienawidzę siebie z całych sił. I mam o sobie gorsze zdanie niż wielu z was miałoby o ludziach z moich historii zanim się zmienili.

Tak, popełniałam błędy. Totalne głupoty, których nie da się cofnąć. Nigdy nie raniłam innych, zawsze krzywdziłam tylko siebie. Ale to nie zmienia faktu, że choć żyję i idę dalej, nie wybaczyłam sobie żadnego z tych błędów. Bardzo chciałabym żeby kiedyś mi się to w końcu udało, choć wiem, że upłynie jeszcze wiele czasu zanim będzie to możliwe. Najbardziej dlatego, że czuję, że wiele błędów dopiero przede mną…

Mimo to… żyję…

El.