skrzywiona linia prosta…

Bo to chodzi o całkiem proste, zwykłe, codzienne rzeczy. Bo kiedy dla większości ludzi one po prostu są i się je po prostu robi albo po prostu nie robi, dla mnie „zrobienie ich po prostu, tak normalnie” to jest wyzwanie porównywalne z wejściem na Mount Everest (a wierzcie mi, że nienawidzę i nie umiem chodzić po górach).

Bo kiedy ja jem, to albo nie jem nic przez dajmy na to tydzień, albo jedzenie z całego tygodnia zjem w jeden dzień. Bo kiedy inni śpią to ja albo nie śpię, albo śpię 18 godzin i jestem dalej śpiąca. indeksBo kiedy inni prowadzą samochód to prowadzą samochód. A ja jadę jakby po wymarzoną śmierć przy każdej przejażdżce do spożywczaka. Bo ja zawsze szukam dużych, zdecydowanie zbyt dużych emocji tak gdzie są one kompletnie zbędne.

 

Bo ja jestem szczęśliwa albo wściekła, albo zrozpaczona.

Bo ja w pełni akceptuję, albo gardzę.

Bo ja kocham albo nienawidzę.

Nigdy pomiędzy. Albo przynajmniej rzadko, za rzadko…

Moja chora część mnie sprawia, że sprawy życia codziennego, naprawdę zwykłe i proste, w moim życiu takie nie są. I nie wiem, czy to ja wykrzywiam tę linię prostą czy świat to robi, czy może ta linia jest prosta a ja źle widzę. Jakkolwiek jest, po prostu jest cholernie trudno. To kto jest za to odpowiedzialny, traci na wartości kiedy po prostu tak mocno boli…

Zostaw odpowiedź